Hello Sweetie!

Scroll this

Dzień dobry, nazywam się Maciej Kwiatkowski i jestem autorem tego bloga.

Gdyby pisanie wstępów na bloga było dyscypliną olimpijską, to swego czasu mógłbym stawać w szranki z najlepszymi. Napisałem kilkanaście, w których mniej lub bardziej próbowałem wykreować obraz ponadprzeciętnie inteligentnego i otrzaskanego z popkulturą faceta. Biorąc pod uwagę, że piszę kolejny, to wiecie jak mi poszło. Nie mniej z jakiegoś powodu (pozwól, że zrzucę winę na Ciebie Arturze) piszę go po raz kolejny. Przez chwilę spróbuję zapomnieć o nabytym przez trzydzieści sześć lat pesymizmie. Spróbuję nie udawać mądrzejszego niż jestem i przestanę używać trudnych słów, by lepiej brzmieć.

Kilka słów o mnie, blogu i innych osobach/rzeczach, które prawdopodobnie Was mało interesują.

Prawdopodobnie jestem starszy niż większość osób zakładających bloga o popkulturze. Trzydzieści sześć lat. Ups. Powinienem zakładać rodzinę, zarabiać dobre pieniądze i dbać o swoje mieszkanie. Nie zakładam (to długa opowieść), nie zarabiam (choć niektórzy by się z tym nie zgodzili) i nie dbam o swoje, bo mieszkam na cudzym. Nie jestem znanym blogerem, aktorem czy biznesmenem. To któraś próba osiągnięcia czegoś więcej niż pętla praca-dom. Próba zebrania myśli w jednym miejscu i zrobienia z nimi coś dobrego. Któraś z kolei próba. Już przestaję Was dołować. Przepraszam.

Gdyby mój telewizor mógłby zrobić zdjęcie, podczas gdy piszę ten tekst, to zobaczylibyście grubasa w koszulce z Elder Scrolls Online i tabletem w ręku. Gdybyście przyjrzeli się nieco bliżej, to dostrzegliście kolejne szczegóły.Poczekajcie chwilę, muszę wytrzeć okulary. Te metalowo-szklane draństwo brudzi się zbyt często. Już mam. Pełne 4K.

Khajit na koszulce nie jest zwykłym przedstawicielem swojej rasy. Nosi memiczne okulary i uśmiecha się szczęśliwy nad motywującym (a jednocześnie złośliwym) tekstem. Obok mnie leży niemal nowy pad do drugiego Switcha. Z drugiej strony leży pusty kubek od herbaty. Właściwie to KUBEK. Nie tyle zwykły kubeczek, tylko 500 ml wiadro, w którym herbata wolno stygnie, a oczy cieszą wizerunki czterech Doctorów Who. Całość uzupełnia stos puszek po Monsterze i headset Razera.

Kapitan Toad i opowieści przy ognisku

Gdybym delikatnie obrócił ekran telewizora, zobaczylibyście duże okno. Za nim nie ma nic ciekawego. Klasyczna Holandia. Regał, który skrywa skromną kolekcję mang oraz podręczniki do piątej edycji Wampira Maskarady i kilku innych RPG. Całość uzupełnia łóżko i szafa z kolejnymi książkami.Taki jestem. Taki będzie ten blog. Chaotyczny, niepoukładany, nietypowy. Bez zbędnych bajerów, głupotek i clickbaitów. Zaraz, zaraz. Jak to niepoukładany – zapyta ktoś w komentarzach. Na stronie głównej jest porządek. Kiedyś wszystko będzie miało swoje miejsce. Obecnie jest pusta, więc jak mówić o bałaganie?

Początek sesji w The Binding of Isaac

Tak i nie. Rzeczywiście planuję podzielić główną stronę na poszczególne działy. Ładnie i czytelnie. Stopniowo, co tydzień wypełniać ją treścią. W tak zwanym międzyczasie wstawiać krótkie treści na fanpage i instagrama. Jednak ten chaos dotyczy czegoś innego. Nie chcę się ograniczać do tylko gier Nintendo czy filmów. Dział recenzji będzie więc zawierać teksty o naprawdę różnorodnych rzeczach. Książkach, filmach, grach, wydarzeniach kulturalnych itp. Obok siebie na głównej stronie znajdzie się Mario Kart World i koreańska drama. Dlaczego by nie? Często mam tak, że gram w najnowszą część przygód Kirby’ego, a w przerwach np. czytam V jak Vendetta. Dwie zupełnie odmienne rzeczy. O obu warto się wypowiedzieć. Przy okazji warto poruszyć pewien temat.

Dlaczego na blogu nie będzie długich tekstów?

Dawno, dawno temu, gdy zaczynałem swoją „karierę” twórcy internetowego (a jak już wiecie to nie jest mój pierwszy blog) miałem nierealną ambicję – utrzymywać się z samego pisania. Dlaczego nierealną? By móc zarabiać miesięcznie tyle, by nie musieć pracować w żaden inny sposób, musiałbym pisać rewelacyjnie. Regularnie. Na tyle interesująco, by utrzymać przy sobie czytelników.Owszem mam wrażenie, że moje teksty nie są aż takie złe.

Zdarzały mi się okresy, gdzie publikowałem niemal codziennie. Jednak zawsze kończyło się to w ten sam sposób: narzucałem sobie zbyt wielkie ograniczenia, aby móc tworzyć dalej. Zazdrościłem innym pisania długich, ciekawych tekstów jednocześnie wbijając sobie do głowy, że moje są zbyt standardowe i nudne. Kładłem do głowy sobie głupoty i zamiast powoli rozwijać swój styl chciałem być drugim Gonciarzem, Amiszem itp.

Kilka pięter później postać może wyglądać tak 🙂

Wczoraj nadszedł przełom. Jadąc ze sklepu, uświadomiłem sobie, że kopiując innych, niczego nie zyskam. Nie będę pisał jak oni, a tylko zniechęcę się do tego. Daję sobie spokój. Od dziś nic na siłę. Teksty, jakie przeczytacie na blogu, będą różnej długości i jakości. Nie chcę pisać na przymus. Wolę poświęcić czas na napisanie dwóch krótszych tekstów, które oddadzą to, co myślę, niż męczyć się nad jednym dłuższym. W szerszej perspektywie to działanie będzie miało dobry wpływ na tego bloga i na mnie. Po kilku miesiącach takiego pisania chciałbym, by moje teksty były dla innych początkiem dyskusji. By po przeczytaniu jakiejś recenzji czy felietonu ktoś pomyślał sobie „Ciekawy pogląd, ale ja bym wspomniał jeszcze o tym. To mnie najbardziej zaintrygowało/zdenerwowało w tekście”. Tak będzie po prostu lepiej. Powoli, bez ciśnień.

Odrobina historii…

Jak byłem małym bąblem, uwielbiałem oglądać Gumisie. Wróć! Mój tata oglądał Gumisie, a ja uwielbiałem reklamy pomiędzy bajką a resztą programu. Kultura masowa była obecna w moim życiu od samego początku. Nie wiem, ilu z Was zasypiało przy muzyce, ale prawdopodobnie niewielu słuchało wtedy Sabriny. Tak, tej od „Boys, boys”. Miliony mężczyzn i kobiet uwielbiało bardzo „odważny” teledysk, a mi po prostu zamykały się wtedy oczy.

Gdy trochę podrosłem, w moim życiu pojawiło się Commodore 64. Pierwsze gry, nauka Basica i słynne magnetofony (z ustawieniem głowicy małym śrubokrętem). Do dziś z sentymentem wspominam River Raid i Eagle Empire. Pierwsze było prostą zręcznościówką, gdzie równie ważne jak strzelanie do przeciwników, było dbanie o poziom paliwa. Brzmi to dość prosto. Jednak, pomimo, że bardzo się starałem, regularnie niszczyły mnie czołgi stojące po bokach planszy. Eagle Empire to taki klon Space Invaders. Jesteś Ty, twój statek i przeciwnicy u góry ekranu. Stopniowo uszczuplasz ilość wrogów, a oni starają się pozbyć intruza. Przyjemna gra. Trochę żałuję, że nie natrafiłem na obie w jakimś sensownym, legalnym miejscu.

Erę C64 w moim domu skończył Pegasus. Tajwańska podróbka Nintendo Entertainment System. 8-bitowa konsola, która dotarła do Polski kilka lat po swoim światowym debiucie w tej dość niecodziennej formie. Jako że nie istniały wtedy w Polsce odpowiednie regulacje prawne, to legalnie można było nabyć tę podróbkę. W czasach, kiedy użytkowałem Pegasusa, legalność gier nie była dla mnie zbyt ważna. Liczyła się możliwość zagrania w pierwsze Mario, Chip & Dale’a i inne klasyki z tamtych lat. Do dziś z wielką przyjemnością ogrywałem niektóre z nich na PlayStation 4 (np. przygody Chipa i Dale’a można legalnie kupić w ramach kompilacji Disney Afternoon Collection).

Pierwszy PC wpadł w moje ręce dość późno, bo dopiero na początku 2002 roku. Wraz z bratem rzuciliśmy się na nowe gry. Piękne 3D i znacznie bardziej rozbudowane produkcje niż te, które miał dostępne na Pegasusa, wciągnęły mnie bez reszty. Pamiętam swoje pierwsze przygody z obsługą komputera i naiwne poglądy (sądziłem, że skopiowanie na dyskietkę ikony z grą, powoduje skopiowanie całej gry :D) To też okres, gdzie powoli zaczynałem kupować legalne gry. Taki Kangurek Kao (Komputer Świat Gry 7/02) czy np. Gothic zapełniały moją legalną bibliotekę. Oczywiście nie odciąłem się jeszcze od pirackiego oprogramowania, ale zaczynałem już zmieniać swoje podejście.

Przełom przyszedł wraz z PlayStation 3. Znacznie łatwiej było dostać legalne gry a ja z racji pierwszych zarobków mogłem pozwolić sobie na wymienianie ich u lokalnego dostawcy. Wtedy też zaczęła się moja miłość do zdobywania osiągnięć w grach (napiszę kiedyś o tym obszerny tekst). Nie oznacza to, że całkowicie legalnie nabywałem wszystkie gry, bo bardzo popularną metodą kupowania gier cyfrowych było składanie się w pięć osób. Proceder ukrócono jak dobrze pamiętam po premierze Battlefield 3. Pierwsze God of War, Infamous czy inne perełki tamtej generacji do dziś wywołują u mnie miłe wspomnienia.

W takiej sytuacji przesiadka na PlayStation 4 była tylko formalnością. Przyznam Wam się szczerze, że zarówno PS4 jak i XONE mieszają mi się. Był to okres intensywnego grania, nabijania osiągnięć i kupowania gier w ilościach hurtowych. Do dziś zastanawiam się, po co mi było ich aż tyle. To jeden wielki maraton grania.

Z tą generacją kojarzą mi się głównie konwenty. Na Coperniconie niemal co roku robiliśmy salę z konsolami. Wpadali do nas gracze i nierzadko spędzali większość konwentu, grając z innymi. Pamiętam turnieje w Mortal Kombat, kolejne odsłony Naruto i spanie w najbardziej nietypowych miejscach. Obecnie znów gram tylko na Nintendo Switch 2, ale przed nim miałem styczność z PlayStation 5 i Xbox Series X(do niego zamierzam wrócić).

Zamiast zakończenia

Pisanie pierwszego wpisu jest równie trudne co napisanie pierwszego rozdziału książki. W obu przypadkach autor chce zainteresować potencjalnego czytelnika swojej twórczości, a jednocześnie nie może zdradzić zbyt wiele, by nie zaspokoić ciekawości czytającego zbyt szybko a tym samym zniechęcić go do lektury kolejnych stron. Nie bez znaczenia jest również umiejętność dobrego operowania słowem tak by nawet długie teksty czytało się bardzo przyjemnie. Niestety mało kto potrafi tak dobrze skonstruować wstęp, aby spełnić powyższe warunki. Nie łudzę się, że tak sztuka uda się mi dlatego proszę Was o odrobinę samozaparcia i cierpliwości.

Submit a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *